Rejs integracyjny
Chorwacja posiada niezwykłe warunki dla żeglarzy. Z jednej strony jest naturalnie obdarzona niezwykłą linią brzegową: góry wyrastające z morza, niezliczona ilość zatoczek i jeszcze większa liczba wysp, które stanowią jakby osłonę od pełnego morza. Dzięki takim warunkom można tu bezpiecznie żeglować nawet przy stosunkowo silnym wietrze od strony morza, ponieważ wyspy dają naturalną ochronę przed falami. Z drugiej strony Chorwacja posiada jedną z najnowocześniejszych infrastruktur żeglarskich w Europie. Mariny są oddalone od siebie o 2 do 4 godzin drogi wodą. Dzięki czemu jeżeli znudzi nam się pływanie na żaglach lub kąpiel w jednej z niezliczonych zatoczek, zawsze możemy szybko przemieścić się do mariny, gdzie czekają na nas eleganckie sanitariaty, restauracje z lokalnymi potrawami i napojami oraz nierzadko urokliwe chorwackie miasteczka, z których niejedno ma bardzo bogatą historię.
Kolejną niewątpliwą zaletą Chorwacji jest jej bliskość i dostępność. Trasę z Warszawy do Zadaru (około 1300 km) tworzą w 90% autostrady i drogi dwupasmowe. Trasę tą pokonuje się samochodem w kilkanaście godzin.
Z powyższych powodów Chorwacja jest miejscem, gdzie często pływamy. Między innymi tutaj organizujemy rejsy dla firm – tak jak opisany poniżej rejs z sierpnia 2004.
W rejsie miało uczestniczyć 48 osób. Wybraliśmy do tego 6 jachtów o takich samych gabarytach i zbliżonych parametrach – Bavaria 44, SunOdyssey45, Oceanis 461. Dwa jachty miały rok pozostałe 2 i 3 lata. Generalnie pachniały jeszcze nowością.
Jedyny problem polegał na tym, że jachty braliśmy z dwóch marin i musieliśmy je zgromadzić w jednym miejscu, tak aby razem zacząć rejs. Cała operacja odbyła się bez większych problemów, aczkolwiek musieliśmy się nieźle napinać, żeby zdążyć.
Na jachty zaczęliśmy wchodzić z załogami od godziny 16.00. Do godziny 17.00 byliśmy gotowi. O 17.30 wypłynęliśmy. Popłynęliśmy w stronę mostu, o który złamano się już wiele masztów – mimo iż właściciele jachtów piszą olbrzymimi literami przy stoliku nawigacyjnym, które jachty mogą się zmieścić pod tym mostem, a które nie powinny o tym myśleć.
Po ponad godzinie pływania wracamy do mariny. Jesteśmy już po pierwszych emocjach żeglarskich: po pierwszych przechyłach, stawianiu i zwijaniu żagli.
Następnego dnia rano płyniemy w stronę Murter. Wiatr jest słaby więc przez dwie godziny prawie w ogóle się nie przesuwamy. Odpalamy silniki i kolejną godzinę idziemy na motorze. Gdy wychodzimy z poza wyspy znajdujemy wiatr – mocne 3B. Świeci słońce, morze jest gładkie... idealne warunki do żeglowania. Stawiamy żagle i do miejsca kotwiczenia płyniemy na żaglach. Gdy docieramy na miejsce, rzucamy kotwicę i prawie wszyscy równocześnie wskakują do wody. Kąpiele trwają dosłownie do zmroku. W trakcie gdy jedni się kąpią coraz więcej osób przemieszcza się pontonami do uroczej knajpki, jaka znajduje się na brzegu i do której można dotrzeć jedynie drogą wodną.
Kiedy wszystkie załogi dotarły już do knajpki i proces konsumpcji jadła i napitków był mocno zaawansowany, jedna z osób siedzących przy naszym stoliku zaczęła śpiewać jakąś szantę. Podchwyciły to wszystkie osoby siedzące przy tym stoliku. Przy następnej szancie śpiewały już kolejne dwa „stoliki”. Po trzeciej szancie zaintonowanej przez nas odezwała się załoga przy stoliku siedzącym w drugiej części sali. Teraz tematy piosenek – zresztą nie tylko szant – były podrzucane na przemian przez osoby siedzące przy dwóch stolikach. Co jakiś czas włączał się jeszcze jeden stolik. Atmosfera była niezwykła.
Właściwie cała sala była opanowana przez nas. Poza nami w stali siedziały jeszcze dwie rodziny czy załogi – wyglądali na Niemców. Podrygiwanie w rym piosenek i klaskanie w dłonie wskazywało na to, że oni również ulegli czarowi tej chwili. W pewnym momencie przy jednym z tych dwóch stolików wstał mężczyzna i zaintonował jakąś żeglarską pieśń po niemiecku. Wszyscy zamilkliśmy i wysłuchaliśmy niemieckiego wykonawcy, nagradzając go brawami. Teraz piosenki rozpoczynały na przemian 3 stoliki. Aby zachęcić Niemców do wspólnej zabawy odśpiewaliśmy kilka piosenek po angielsku, aby podkreślić międzynarodowy charakter imprezy. Ten czarodziejski wieczór upłynął nam dość szybko, ale na pewno większość z nas go szybko nie zapomni.
O świcie pobudka. Prawie wszyscy jeszcze spali, kiedy skipperzy uruchomili silniki jachtów i wyruszyli gęsiego w dalszą drogę. Naszym celem tego dnia był Trogir.
Gdy cumowaliśmy w marinie w Trogirze, wiał mocny wiatr i wiele jachtów miało problemy z cumowaniem. Po całodziennym pływaniu byliśmy trochę zmęczeni słońcem i wiatrem. Jednak dzięki temu wspaniałemu miastu jakim jest Trogir znowu ożyliśmy. System uliczek tworzących rodzaj labiryntu urzekł każdego z nas. Przez wiele godzin zwiedzaliśmy miasto a wieczorem zasiedliśmy w jednej z wielu fajnych knajpek, gdzie staraliśmy się wczuć w klimat tej miejscowości o wielu wiekach tradycji.
Następnego dnia wypłynęliśmy przed południem. Po przepłynięciu paru mil ... na silniku – nie było nawet najmniejszego śladu wiatru - wpadliśmy na pomysł, żeby urządzić sobie kąpiel „na środku morza”. Pomysł spodobał się również pozostałym jachtom i po kilku minutach większa część załóg była już w wodzie. Pływaliśmy między jachtami – wpław i na pontonach - odwiedzając się nawzajem.
Tego dnia zatrzymaliśmy się jeszcze w zatoczce, gdzie urządziliśmy sobie mecz piłki wodnej. Dużo emocji, wiele zabawy i śmiechu.
Na wieczór wpłynęliśmy do mariny Kremik, skąd kursują regularne busiki przewożące ludzi do oddalonego o kilka kilometrów Primostenu. Zaraz po zacumowaniu zebraliśmy się i wyruszyliśmy busikami do miasta. Primosten okazał się niezwykłym miasteczkiem. Urokliwy ryneczek i uliczki z zabytkowymi kamieniczkami robiły na nas wrażenie. Dodatkowo w tym samym czasie na jednym z placów grał zespół. Wybraliśmy sobie restaurację blisko tego placu. Trudno było wysiedzieć przy stole, gdy co chwilę zespół zaczynał grać znane nam wszystkim standardy. Co kilka minut wszyscy się podrywaliśmy i przechodziliśmy na środek placu tańcząc wraz z innymi turystami. Apogeum zabawy miało miejsce, gdy zespół zagrał nasz przebój z poprzedniego rejsu „I love you babe...” – I can’t get your arms out of you. Znajome dźwięki „naszego” przeboju sprawiły, że prawie cała nasza grupa znalazła się tuż przy scenie, na której grał zespół. W momencie gdy zespół śpiewał refren, wyliśmy na całe gardło razem z nimi. Gdy zespół śpiewał refren po raz drugi, to „wył” z nami cały plac. Niezwykłe wrażenie. Bawiło się kilkaset osób na całym placu.
Kolejnego dnia rano wypłynęliśmy w stronę Wodospadów Krka – na otwartym morzu zapowiadano nieciekawe warunki a wodospady Krka są oddalone o parę ładnych mil od morza. Po drodze mijaliśmy twierdze i umocnienia strzegące w dawnych czasach dostępu do miasta Sibenik. Do mariny przy wodospadach dopłynęliśmy wczesnym popołudniem. Przez resztę dnia podziwialiśmy wodospady a wieczorem delektowaliśmy się lokalnym winem.
W czwartek popłynęliśmy – halsując się na wiatr – do kolejnej zatoki. Tam spędziliśmy ostatnią noc bawiąc się na połączonych ze sobą jachtach.
Rano wszystkie jachty równocześnie odcumowały. W zatoczce znaleźliśmy jeszcze czas na kąpiel i nurkowanie. Po wypłynięciu z zatoczki obraliśmy kurs na Sukosan, gdzie zdawaliśmy większość jachtów.
W trakcie powrotu mieliśmy dobry wiatr i płynąc blisko siebie robiliśmy dużo zdjęć.
Kiedy dotarliśmy wszyscy do mariny, po odświeżeniu się spotkaliśmy się w knajpce, gdzie po krótkiej części oficjalnej świętowaliśmy zakończenie rejsu.
Tomasz Lipski
|